“Syn marnotrawny” Allana Spiersa jako studium relacji rodzinnych

Syn marnotrawny Allana Spiersa nie jest co prawda filmem znanym szerokiemu gronu odbiorców, ale z pewnością warto poświęcić mu chwilę swojego wolnego czasu. Podchodząc dość swobodnie do opowiadania słynnej przypowieści biblijnej, pozwala nam bowiem głębiej wniknąć w tematykę konfliktów międzypokoleniowych oraz trudnych relacji ojca z synem. Domowy seans Syna marnotrawnego ma zatem szansę stać się wartościowym doświadczeniem dla całej rodziny.

Dlaczego dzieci się buntują?

Nawet pobieżne zaznajomienie się z Synem marnotrawnym unaoczni nam jego silnie zarysowane ambicje dydaktyczne: twórcy niewątpliwie bardzo starali się stworzyć obraz o zacięciu edukacyjnym. I to zarówno dla niepewnych swoich kompetencji wychowawczych rodziców, jak i dla dzieciaków zagubionych we współczesnym świecie. Zarówno ci starsi, jak i młodsi powinni odnaleźć w Synu marnotrawnym wiele wskazówek co do tego, jaki kierunek nadać własnemu życiu i postępowaniu. Wszystkie owe porady przekazywane są zaś w sposób prosty, przystępny i nienachalny.

Główny bohater produkcji Spiersa, Sean (Nathan Clarkson) od wczesnego dzieciństwa musi się mierzyć z przytłaczającym autorytetem własnego ojca pastora (granego przez Kevina Sorbo). Wymagający rodzic nie zaniedbuje żadnej okazji, aby prawić synowi kazania, strofować go i pouczać. Czyni to wszystko oczywiście w jak najlepszej wierze, co nie zmienia faktu, że po wkroczeniu w okres dojrzewania jego latorośl zaczyna się otwarcie buntować wobec zastanych reguł. Jak na syna marnotrawnego przystało, Sean postanawia porzucić rodzicielski dom i wyjechać na studia do większego miasta.

Dlaczego syn marnotrawny wraca do ojcowskiego domu?

Po dwóch latach uniwersyteckiego życia młody człowiek nadal nie potrafi się co prawda zbliżyć do tajemnicy istnienia, ale przynajmniej nie może narzekać na nudę. Wraz ze swoim najlepszym przyjacielem Brianem (Creagen Dow) zwiedza niestrudzenie coraz to nowe lokale, a także poznaje wiele przedstawicielek płci przeciwnej. Jedna z nich, urocza Ali (Rachael Lee) zaczyna gościć w jego sercu znacznie częściej niż inne dziewczęta. Ponieważ okazuje się być głęboko wierząca, skłania tytułowego syna marnotrawnego do ponownej konfrontacji ze światem religii. Światem, który Sean nie tak dawno dobrowolnie opuścił.

Obraz Spiersa kończy się oczywiście happy endem: stęskniony za potomkiem pastor Matthews doznaje niewysłowionej ulgi, kiedy jego błądząca latorośl niespodziewanie zjawia się w rodzinnych stronach. Z kolei Sean, niczym prawdziwy syn marnotrawny, może poczuć na własnej skórze siłę ojcowskiego przebaczenia. Nie ma tu już mowy o wzajemnych urazach czy niesnaskach – ponowna unifikacja rodziny oznacza dla niej nowy, lepszy początek. Taki, na który wszyscy jej członkowie z pewnością czekali.

Oglądanie Syna marnotrawnego nie wiąże się być może ze spektakularnymi odkryciami estetycznymi, ale na pewno warto dać temu filmowi szansę, gdy planujemy spędzić beztroskie popołudnie w gronie najbliższych. Zyskamy bowiem okazję, aby wzbogacić duchowe doświadczenia nasze i naszych dzieci o coś rzeczywiście cennego.